Opowiadanie pulp political fiction: “Ciasna korona wirusów”.

Spread the love

Opowiadanie pulp political fiction

Lato roku 2020 było wyjątkowe. Od kiedy pewnej deszczowej soboty 7 marca prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę „o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem koronawirusa” wiele się zmieniło. Niektórzy mówią, że wszystko.

Ustawa od razu – a właściwie to jeszcze zanim formalnie weszła w życie! – dała niesłychane możliwości politykom, tym w garniturach, i tym w kitlach. Pod pretekstem ochrony naszego zdrowia i życia, choć – dla rządzących niestety – nikt nie umarł, odwołano wszystkie imprezy masowe nie licząc mszy pod warunkiem, że uczestniczyło w nich nie więcej niż 50 osób. Duże świątynie opanowane przez tę część Kościoła, która niespecjalnie darzy respektem władzę, musiały skrócić msze do kilkunastu minut, żeby w ciągu dnia móc dać posługę jak największej liczbie wiernych.

Oczywiście nikt nie był w stanie protestować. To akurat było najłatwiejsze do zrobienia. Uliczne protesty były natychmiast, w wciągu paru kwadransów przewożone do szpitali na obserwację. Profile nawołujące do rozumu i praw człowieka na portalach społecznościowych były masowo kasowane ze względu na wywoływanie paniki, a ich właściciele aresztowani. Telewizja publiczna pokazała kilka razy twarze wichrzycieli i to wystarczyło. Reszta ucichła lub próbowała nielegalnie przedostać się za granicę. Nielegalnie, bo wschodnia granica Unii została zamknięta już w połowie marca, a pozostałe granice sami zamknęliśmy dwa tygodnie później.

Pod koniec kwietnia sytuacja nabrała przyspieszenia ze względu na to, że mimo usilnych starań, wydanych milionów na testy, po prostu przestały się pojawiać w Polsce nowe przypadki koronawirusa. Znów na wniosek prezydenta zostało zwołane posiedzenie Sejmu. Tym razem miało dwa punkty. Pierwszy był oczywisty: ponieważ nie tylko koronawirus grozi Polakom, trzeba zmienić ustawę. Wystarczy zamienić automatycznie „koronawirus” na „wirusy”, bo skoro wytoczyliśmy takie działa przeciwko relatywnie niegroźnemu wirusowi, to w kontekście odry, świnki i różyczki potrzebujemy bomby atomowej!

Drugi punkt był już tylko formalnością. Ze względu na zagrożenie epidemiologiczne przeprowadzenie wyborów prezydenckich byłoby nieracjonalnym ryzykiem. Prezydent Andrzej Duda zaproponował salomonowe rozwiązanie: zmianę Konstytucji, wprowadzenie funkcji wiceprezydentów i zaproponował te stanowiska kandydatom, którzy w sondażach przekraczali dziesięć procent poparcia. Oszczędności z tytułu odwołanych wyborów przeznaczono na rezerwę budżetową czekającą na dostawę szczepionek.

Władza dba o obywateli i nie tylko są dopłaty do zakupów online, ale szczepienia także uległy radykalnej modyfikacji. Już nie trzeba nigdzie chodzić, stać w kolejkach i narażać się na wszechobecne wirusy. Teraz do każdego domu ruszyli w asyście policji, wojska, straż miejskich i innych służb lekarze i felczerzy. Szybko się okazało, że trzeba było najpierw wysłać również pielęgniarki, a potem – w sytuacji prawdziwego zagrożenia niewydolnością systemu – po prostu przeszkolono mundurowych, którzy sami byli w stanie bezpiecznie przeprowadzić prostą przecież procedurę kwalifikacji do szczepienia i samego szczepienia. Ludzie byli szczęśliwi, że wreszcie władza naprawdę dba o obywateli. Przy okazji zrobiono spis powszechny, deportowano nielegalnych Ukraińców, Bengalczyków i Hindusów, zebrano brakujące wpłaty za abonament RTV. Generalnie do całej akcji budżet państwa nie tylko nie dopłacił złotówki, ale per saldo – zarobił.

Latem rozpoczęła się procedura wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Były już zamknięte granice, wybory zawieszone bezterminowo, a Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej odwołane. Susza nękająca Polskę od miesiąca wydawała się nie mieć końca i takie były też prognozy meteorologów i hydrologów, a przemyt wody za zachodnią granicę kwitł mimo wieloletnich wyroków więzienia dla złapanych przestępców. Niemcy nie kwapili się z uszczelnieniem granicy po swojej stronie. Dłużej nie można było tego tolerować. A więc Polexit.

Media (wyłącznie polskie, bo przeprowadzona wreszcie repolonizacja okazała się błyskawicznym sukcesem!) prześcigały się w pokazywaniu dramatycznych obrazków z niemieckich, francuskich, włoskich i hiszpańskich miast. Kadry przypominały raczej postapokaliptyczny film niż wakacyjne ujęcia. Trudno było je zweryfikować, bo w walce z propagandą i paniką rząd kontrolował wszystkie media, włącznie z internetowymi i telewizjami satelitarnymi. Wszędzie było można zobaczyć tylko to: przepełnione szpitale, cierpiących na ulicach ludzi i głód. Czasem ktoś przynosił plotki, że to wcale nie jest prawda, że to zdjęcia z innego kontynentu, że Europa żyje normalnie. Potem zwykle taki ktoś znikał w szpitalu zakaźnym, skąd trafiał do szpitala psychiatrycznego na obserwację, która mogła – ze względu na dobro pacjenta i utrzymywanie najwyższych standardów opieki – trwać w nieskończoność.

1 września odbędzie się referendum. Rządowa sondażownia mówi, że 87 procent Polaków jest za izolacjonizmem i wyjściem z Unii Europejskiej. Polska wstaje z kolan.